środa, 6 maja 2015

Ranni

      Obudziłam się. Z tego co zdążyłam zauważyć, to leżałam na łóżku w swoim pokoju. Drzwi do pokoju otworzyły się.
- Jak się czujesz? - spytał Luke wchodząc do pomieszczenia.
- Chyba dobrze. - odpowiedziałam zmieszana.  - Czemu leżę? Co się stało?
- Urzyłaś sporej ilości mocy, pod czas walki z Leonem. Trochę cię to osłabiło. - wytłumaczył. Powoli zaczęłam sobie wszystko przypominać.
- Co z tatą i Jamiem? - spytałam zaniepokojona. Luke milczał. Wstałam energicznie. Wyszłam z pokoju. Poprawka, chciałam wyjść ale w ostatniej chwili szatyn złapał mnie za rękę.
- Powinnaś odpoczywać. - szepnął mi do ucha. Patrzyłam mu w oczy. On w moje również. W chwili nieuwagi, wyszarpałamrękę z uścisku. Wybiegłam z pokoju. Skierowałam się do sypialni taty.
- Jak się czujesz? - spytałam siadając obok niego.
- Dobrze. - powiedział wymuszając uśmiech.
- Wiem, że kłamiesz.
- No dobra. - westchnął. - Lekko boli.
- Taka wersja może być. - uśmiechnęłam się.
- Co z resztą? - spytał nagle.
- Pójdę zobaczyć.
- A jak ty się czujesz?
- Dobrze, tatusiu. Dobrze.
Po tych słowach wyszłam z pokoju. Najpierw poszłam szukać blondyna w sypialni dla gości. Niestety, nie zastałam go. Skierowałam się do pokoju Lily.
- Widziałaś Jamiego? - spytałam wchodząc do pokoju bez pukania.
Stanęłam w progu, gdy zauważyłam Lily śpiącą w objęciach Jamiego. Mimowolnie poleciała mi pojedyncza łza. Niczym w filmie Beksa.
- Johanna? - spytał zaspany blondyn. Moja siostra również się obudziła. Posłała mi tylko triumfujący uśmiech. Poszłam do swojej sypialni. Rzuciłam się na łóżko i schowałam głowę w poduszki. Znów płakałam. I to przez kogo? Przez tego kretyna. Kretyna z pięknymi blond wlosami, złotymi oczami i idealnym uśmiechem.
- Przestań o nim myśleć! - zganiłam się w myślach.
- Co się stało? - poczułam dłoń na moich plecach i kojący głos. Nawet nie wiem, kiedy Luke wszedł do mojego pokoju. Nie chciałam z nim rozmawiać. Wszystko za bardzo boli. - Powiedz. Będzie ci lżej. - nagle poczułam, że mogę mu zaufać.
- Nienawidzę mężczyzn. Zostane feministką. Facet jest mi niepotrzebny.
- Dobrze, ale o co się stało? - spytał ponownie.
- Jamie. - odpowiedziałam siadając. Miałam rozmazany makijaż, a włosy były w nieładzie. Luke tylko mi się przyglądał. Po chwili przytulił mnie. Miło  było czuć czyjąś bliskość.
- Co znowu zrobił?
- On. Jest z Lily, a mi trudno to zaakceptować. - chociaż znam Luke'a od nie dawna, czułam jakbym znała go od zawsze. W tej chwili wydał się być moim najlepszym przyjacielem, którego ostatnio mi brakowało.
- Stać cię na kogoś, kto będzie cię szanował i kochał. Kogoś, kto zawsze będzie przy tobie.
- Co masz na myśli? - spytałam lekko zdziwiona. Dopiero teraz zauważyłam, że patrzy mi w oczy. Zarumieniłam się. Rzadko mi się to zdarzało.
- Zasługujesz na kogoś... godnego ciebie. -przerwał, a ja mogłam się domyślać co zaraz powie. -  Na mnie. - wyszeptał. Ujął mój podbródek, głowę uniósł lekko do góry. Teraz patrzyłam w jego brązowe oczy. Pocałował mnie najpierw delikatnie. Byłam zdziwiona, ale kiedy odwzajemniłam pocałunek, stał on się bardziej namiętny.

Tydzień później.....
- Idziemy na spacer? - spytał Luke. Wychodząc z salonu. Od czasu naszego pocałunku, często tu bywał.
- Pewnie. - odpowiedziałam uśmiechając się.
Podał i moją torebkę. Otworzył drzwi i mnie w nich przepuścił. Jak prawdziwy dżentelmen.
Szliśmy powoli, ścieżką w parku. Całą drogę odbyliśmy w ciszy.
- Usiądziemy? - spytałam wskazując ławkę. Pokiwał głową.
- Co tak milczysz?
- Myślę. - odpowiedział. - Słuchaj. Mam dla ciebie prezent. Jest u ciebie w domu. - A co to jest? - spytałam.
- Niespodzianka. - uśmiechnął się zadziornie. Odwajemniłam gest.
- Patrz. To Katy. - dałam Lukeowi kuśkańca w bok.
- Cześć Katy! - wykrzyczałam, a dziewczyna zaczęła iść w moim kierunku.
- Co ty tu robisz? - spytałam witając się z nią.
- To samo co wy. Jestem na spacerze.
- Ale w dzień? - dziewczyna nie zrozumiała, bo zrobiła dziwną minę.
- Wiesz. Promienie słoneczne.
- Sama nie wiem. - wzruszyła ramionami. - Czemu zawsze tak jest, że zajmujesz tych najładniejszych chłopaków? - spytała żartobliwie.
- Tak jakoś. - wybuchłyśmy śmiechem.
- Johanna, idziesz dzisiaj ze mną na zakupy? Wiesz, niedługo szkoła.
- Oczywiście. - uśmiechnęłam się. Kątem oka zauważyłam, że Luke siedzi znudzony. - Przepraszam, ale musimy już wracać. - po tych slowach pożegnałam się z dziewczyną. Luke energicznie wstał. Wystawił rękę. Złapałam za nią. Trzymając się za dłonie wróciliśmy do domu.
- Wróciliśmy! - krzyknęłam wchodząc do domu.
- Johanna. Coś na ciebie czeka w salonie! - krzyknął tata. Skierowałam się do pomieszczenia. Na środku stała sztaluga. Zdziwiłam się.
- Wiem, że kochasz malować i chcesz się tym zajmować. Muzyka to tylko hobby. - powiedział Luke obejmując mnie.
- Ale skąd? - spytałam.
- Przejrzałem twój szkicownik. - odezwał się tata. Patrzył na nas z radością w oczach.
- Dziękuję. - pisnęłam. Nikomu o tym nie mówiłam. Lubiłam to robić dla samej siebie, ale myślałam o skończeniu Akademi Sztuk Pięknych. Znów czułam się bezpieczna i szczęśliwa. Poczułam  wibracje w mojej kieszeni.
Katy: Możesz iść na zakupy za 30 min?
Ja: Okay.
Schowałam telefon do kieszeni.
- Idę z Katy na zakupy. - poinformowałam innych. - Jeszce raz dziękuję. - powiedziałam i pognałam na górę. Z szafy wyjęłam ciuchy, które chciałam na siebie włożyć.
Znowu poczułam wibracje. Tym razem ktoś dzwonił. Byłam pewna, że to Katy.
- Halo?
- Nie czuj się tak bezpieczna. Oni nadal są na wolności.
            ♡♥♡♥♡♥♡♥♡♥♡
Przepraszam, że rozdział dopiero dziś. Wiem, obiecałam wcześniej, ale dwa razy mi się usunął. Jeszcze raz przepraszam. Dziękuję za wszystki wyświetlenia i komentarze. To naprawdę motywuje. Przepraszam też za błędy ale pisze na telefonie.
Kochu
Aisa

czwartek, 30 kwietnia 2015

Początki

- Gdzie w ogóle jedziemy?  - spytał Luke.
- Mama opowiadała mi o tym miejscu z tysiąc razy. - byłam zdenerwowana.
- Okay. - westchnął chłopak. Ruszyliśmy,  a ja co chwile mówiłam "w prawo" , "w lewo", "prosto". Jak GPS.
- Jesteś pewna, że to tu? - spytał zdziwiony Luke, kiedy dotarliśmy na miejsce.
- Tak. Na pewno.  - wysiadłam z auta. Moim oczom ukazał się mały park. Po środku była rzeka, nad którą był most.
Obok stał budynek. Był dwu piętrowy.  Po rozbitych oknach i wyrwanych drzwiach, stwierdziłam,  że jest opuszczony. Ruszyłam w jego kierunku.
- Idziesz? - spytałam, widząc że Luke stoi w miejscu.
Otrzonsnął się i ruszył za mną.  Weszłam do środka.
- Kiedyś musiało tu być pięknie- szepnęłam.Pomyślałam tak, po zobaczeniu środka budynku. Wszystko było spalone. Ciekawie co się tutaj stało? - Jesteś pewna? - Luke chyba się bał.
- Tysiąc razy ci mówiłam,  że tak.
Rozglądałam się. Usłyszałam trzask, a potem kroki.
- Schowaj się- powiedział Luke.
- Oszalałeś? - puknęłam się w czoło,  sugerując aby pomyślał.
- To tu ją poznałem.  - usłyszałam znajomy głos.  Odwróciłam się w stronę, z której dochodził głos. 
- Było tu tak pięknie.  Ona była taka piękna.  - mówił dalej. Teraz mogłam ujrzeć jego twarz. Zanim się zorientowałam, on stał za mną i przykładał mi sztylet do gardła.  Z szoku nic nie mogłam zrobić.
- Prawie tak piękna jak ty. - szepnął mi do ucha.
Luke stał jak sparaliżowany. Tak samo jak ja.
- Przyszła tu się pobawić.  Kiedyś to miejsce było centrum dobrej zabawy. Mieli najlepsze dyskoteki. Twoja matka przyszła się tu pierwszy raz. Była świeżo po przeprowadzce. - gładził mnie po włosach.  Chciało mi się wymiotować. -  Tu się poznaliśmy. Pokochałem ją od pierwszego wejrzenia. Tęsknię za nią,  ale musiała umrzeć. Nie chciała mi oddać twojej mocy. - nie wytrzymałam.  Kopnęłam go w piszczel. Drasnął mnie lekko w szyje. W tym momencie Luke się ocknął. Rzucił się na Leona. Ruszyłam na górę.  Wszystko było spruchniałe. Bałam się stawiać kolejnych kroków.  Otworzyłam drzwi do pierwszego pomieszczenia. Pusto. Pobiegłam do drugich drzwi.
- Johanna! - krzyknął John. Siedział pod ścianą.  Ręce miał związane liną.  Obok siedziała Amber. Ta, na szczęście,  miała usta zaklejone taśmą.  Pod przeciwną ścianą, siedzieli Jock i nieprzytomna Lily.
- Gdzie Jamie i tato? - spytałam rozwiązując supły brata.
- Zabrali ich gdzieś. - odpowiedział zdyszany brat.
- Jest ich więcej? - bałam się.  - A co z Lily?
- Zamdlała z szoku. - odpowiedział Jock. Nagle rozległ się krzyk.
- Luke.- szepłam. Zdążyłam odwiązać Johna i pobiegłam na dół.  Jeden ze schodów rozleciał się pod moim ciężarem.  Leon stał nam Lukiem. Celował w niego mieczem. Wokół było jeszcze z pięciu mężczyzn. Leon drasnął Luka w rękę.  On krzyknął. Wkurzyłam się. Jednym ruchem ręki sprawiłam, że wszyscy,  którzy stali polecieli na odległość dwóch metrów. Pobiegłam do Luka. Przykucnęłam obok niego.
- Wszystko okay? - spytałam.  On tylko pokiwał głową.  Z góry przyszedł Jock. Reszta pewnie siedziała zszokowana.
- Luke! Idź na górę.
- Zostaje!
Ktoś złapał mnie za włosy i pociągnął do góry. Syknęłam z bólu.
- Wszystko musisz tak komplikować?! -powiedział z nienawiścią Leon. Jock odepchnął go ode mnie. Wzięłam głęboki oddech. Z ręki Leona wypadł miecz. Podniosłam go i zaczęłam walczyć z mężczyznami, którzy mnie atakowali. Byli to "słudzy" Leona. Jock i Luke byli coraz słapsi. Pobiegłam szybko na górę.  John, Amber i już przytomna Lily siedzieli wystraszeni w pokoju. Nie wiedzieli co się dzieje. W jednym z pokoi, w końcu,  znalazłam Jamiego i tate. Jamie miał spuchiniętą twarz. Gdzie, niegdzie  spływała krew. Był nieprzytomny.  Tato miał tylko parę śladów pobicia.
- Nie jest z nim dobrze. - powiedział tato. - Masz różdżke? - bez wahania wyjęłam przedmiot z za spodni. - Zawiadomie Najwyższych.  - wytłumaczył.
Przykucnęłam przy blondynie. Ciężko oddychał. Dopiero teraz zauważyłam, że ma ranę na piersi. Nie wygląda zbyt dobrze.
- Nikogo nie powiadomisz! - krzyknął Leon, wchodząc do pokoju.
Wyciągnął sztylet.  Wycelował nim w tate. W ostatniej chwili rzuciłam się na niego. Przewrócił się,  a ja wylądowałam na nim. Zaczęliśmy się szarpać.  Złapał mnie za nadgarstki i unieruchomił. Zaczęłam wyszarpywać ręce.  Bez skutku.
- Puść mnie! - krzyczałam przez zaciśnięte zęby.  On tylko zaśmiał się szyderczo. Wstał i otrzepał się z brudu, który znajdował się na podłodze. Ja również wstałam. Rzuciłam się na jego plecy. On tylko mnie odrzucił.  Był silny. Uderzyłam głową o ścianę. Dotknęłam obolałego miejsca. Poczułam lepką ciecz. Tato walczył  z Leonem. Chwilę później upadł na podłogę.  Zobaczyłam,  że ma sztylet wbity w brzuch. Nie płakałam.  Nauczyłam się powstrzymywać łzy. Leon wyszedł z pokoju. Przysunęłam się do taty.
- Tato! Będzie dobrze. Nie zasypiaj! Tylko nie zasypiaj! - krzyczałam.  Byłam na maksa wkurzona. Zeszłam na dół.
- Idźcie po resztę! Są na górze!  - rozkazałam. Nie mieli nic przeciwko.
- Dasz sobie radę?  - spytał Luke mijając mnie. Pokiwałam tylko głową.
Stałam i patrzyłam z wściekłością na Leona.
- Ty masz zamiar mi coś zrobić?  - spytał ze śmiechem.  Wszyscy wybuchli śmiechem.  Słyszałam, jak reszta schodzi z góry.  Zamknęłam oczy. Słyszałam śmiechy Leona i jego służących.  Przypomniał mi się widok rannego Jamiego i taty. Cała złość oraz żal, zacząły się we mnie wzbierać. Otworzyłam oczy, głowę przechyliłam do tyłu i spojrzałam w góre. Ręce rozłożyłam. W góre wyleciało jasne światło. Jakby ze mnie. Dom zaczął się nagle rozsypywać. Nie mogłam się ruszyć. Moja rodzina zaczęła zmierzać ku wyjściu. 
- Chodź!  - krzyknęła Amber ciągnąc mnie za rękę.  Ocknęłam się i zaczęłam biec.
- Jak zamieścimy się w tym autku? - spytał John. Nie wiem nawet jak to zrobiłam, ale jakimś cudem otworzyłam portal.
- Wchodźcie! - krzyknęłam.
Wszyscy pośpiesznie weszli w portal. Wylądowaliśmy w przedpokoju.
- Połóżcie ich na górze. Wezmę medyków.  - powiedział Jock i ruszył do kuchni. Cały świat zawirował. Upadłam na podłogę i widziałam tylko ciemność.
          ♡♥♡♥♡♥♡♥♡♥♡♥
Rozdział tak bardzo do dupy... Obiecałam wczoraj, ale jest dziś... przepraszam.  :((( Ciesze się, że ktoś w ogóle to czyta. ;)) Za każde wyświetlenie dziękuję :)). Mam nadzieje że się wam spodoba.   Zapraszam na droga-do-sukcesu-opowiadania.blogspot.com
Pzdr
Aisa ;* 

wtorek, 28 kwietnia 2015

Rodzina jest najważniejsza

- Co ty zrobiłeś mojej rodzinie? - spytałam. Byłam zdenerwowana. Alex wstał.
- Na pewno, nie są bezpieczni. - uśmiechnął się szyderczo. Znów uderzyłam nim o ścianę. I znów. I znów. Po jego twarzy zaczęła lecieć krew.
- Co ty im zrobiłeś?! - krzyczałam. Znów go uderzyłam.
- Ty ku###! Co mi zrobiłaś?! - teraz to on krzyczał.
- To na co zasłużyłeś!
- Jeden telefon i po nich! Więc uważaj...
Zaczęliśmy walczyć. Choć on miał większą wprawe, to ja miałam większą moc, co dawało mi przewagę. Dom wyglądał strasznie. Usłyszałam kroki. Odwróciłam głowę i na chwilę straciłam czujność. Alex szybko to wykorzystał.
Po chwili leżałam na podłodze. Różdżka wypadła mi z ręki. On stał nade mną.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo cie kocham.
- Jesteś chory psychicznie. - wysyczałam.
- Tylko na twoim punkcie. - powiedział, po czym uśmiechnął się. Normalnie na widok takiego uśmiechu zmiękłyby mi nogi, ale teraz chce mi się rzygać.
- Wiesz - zaczął. - Moglibyśmy teraz żyć. Szczęśliwie. Razem. Gdybyś tylko nie wolała Jamiego. Tak w ogóle to pytał o ciebie. On najbardziej dostał w kość. Gdybyś zmądrzała. - krążył po pokoju. Próbowałam dosięgnąć różdżkę. Nie udawało mi się to. - Nadal możemy być razem. Przebacze ci wszystko.
Pochylił się, chcąc mnie pocałować.
- Wolałabym umrzeć. - odparła ze złością w oczach.
- Jak wolisz. - wycelował we mnie różdżką. Czerwony strumień światła przebiłby moje ciało, gdybym w ostatniej chwili nie wyciągnęła dłoni. Z mojej ręki płynął błękitny strumień światła. Blokował on moc Alexa. Drugą, wolną ręką odepchnęłam bruneta. Zdziwiło mnie to,  w jaki sposób mogę używać magi.
- Jak to zrobiłaś? - był zaskoczony. Tak samo jak ja.
- Nie wiem. Samo tak wyszło.
- Nikt tego nie potrafi. Leon się zdziwi.
- Nie obchodzi mnie to. Gdzie moja rodzina?! - Alex był ranny i wykończony.
- Gadaj! - krzyczałam. Jeszcze dwa miesiące temu nie pomyślałaby, że taka  sytuacja będzie miała miejsce.
- Spokojnie. Są... - urwał. W tym samym momencie wokół niego powstała mgła. Gdy mgła opadła, jego nie było.
- Kurde! - teraz sama muszę ich znaleźć. Ale jak?
Ja: Luke. Potrzebuje twojej pomocy. Możesz przyjechać? To ważne.
Luke: Będę za 10 minut.
Nie wiem do kogo innego mogłabym się zwrócić. Muszę im pomóc, w końcu rodzina jest najważniejsza.
Siedziałam skulona podłodze w przedpokoju. Rozległo się pukanie do drzwi. Bałam się otworzyć. Wstałam i powoli podeszłam do drzwi.Otworzyłam.
- Cześć Luke. Wejdź. - ulżyło mi, że to on. Wszedł bez zastanowienia.
- Dopiero co cię poznałem, a ty już mnie do domu zapraszasz? No nieźle. - jak zwykle żartował.
- Mi nie jest do śmiechu. Chodź. - skierowaliśmy się do salonu. Gestem wskazałam, aby usiadł na fotelu.
- Co się stało? - był zmartwiony.
- Wiesz kto to Leon?
- Tak. Ale nadal nie rozumiem.
- Długa historia. Chodzi o to, że on chce moją moc. Najpierw porwał mnie. Teraz moją rodzinę. Nie wiem gdzie są. Musisz mi pomóc.
- Ale jak?
- Przeszukamy dom. Może wpadniemy na jakiś trop.
- Okay. Ja zawiadomienie Najwyższych.
- Jeszcze jedno.
- Tak?
- Był u mnie Alex. Z tąd te zadrapania.
- Okay. To też uwzględnie.
Luke poszedł zadzwonić, a ja poszłam do biura taty. Przeszukałam całe. Nic tam nie było. Potem przeszukałam sypialnie. Luke sprawdził w piwnicy i łazienkach. Zrezygnowana poszłam do kuchni.
Na blacie zobaczyłam telefon Amber. Dioda migała na niebiesko, co oznaczało, że dostała smsa. Bez wahania wzięłam komórke do ręki. Odblokowałam. Skąd ja znam kod?
Johnny♡: Amber nie wracaj teraz. Ludzie Alexa tu są.
Johnny♡: Nie wracaj!!!
Johnny♡: Zadzwoń do Johanny.
Potem nie było już żadnej wiadomości.
Spojrzałam na lodówkę. Wisiała tam karteczka.
Jeśli rodzinkę swoją chcesz zobaczyć,
sprawdź miejsce, gdzie przygoda się zaczęła. Tam zobaczysz znak na drzewach. Nie ma co zwlekać. Czasu masz nie wiele.
Czytałam treść karteczki w kółko i w kółko.
Gdzie przygoda się zaczęła.
Te słowa krążyły mi po głowie. O co mogło chodzić? Jaka przygoda?
- Masz coś? - spytał Luke,wchodząc do kuchni. Podałam mu karteczkę. Dopiero teraz zauważyłam, że ręka mu się trzęsie.
- Jaka przygoda? - on też nie rozumiał.
- Nie wiem. Nie rozumiem tego.
- Tak jak ja matmy. - zażartował. - Ej. Nie płacz. - nie zauważyłam, kiedy łzy zaczęły spływać po moich policzkach.
- Muszę ich znaleźć.
- Pójdę z tobą.
- Jeszcze nie wiem gdzie.
Usiadłam na podłodze, a Luke krążył po pokoju.
- Masz coś? - pytał co chwile. Nic nie przychodziło mi do głowy.
Gdzie przygoda się zaczęła.
Tylko to teraz miałam w głowie.
- Jasne! - krzyknęłam. Wstałam energicznie i szybkim krokiem wyszłam z kuchni. Luke był w szoku.
- Chodź! - krzyknęłam z korytarza i wyszłam.
- Wiesz gdzie jechać? - spytał odblokowując auto. Usiadłam na miejscu pasażera, a Luke na miejscu kierowcy.
       ♡♥♡♥♡♥♡♥♡♥♡♥♡♥
Czas nadrobić zaległości w pisaniu. Dziękuję za ponad 1k wyświetleń. :))) Chociaż mam wrażenie, że ostatnio nikt tego nie czyta... ;<<
Pzdr
Aisa

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

LIEBSTER BLOG AWARDS

Dziękuję za nominacje od Lady night. Miło ogóle, że w ogóle ktoś to czyta. Nigdy nie byłam nominowana, dlatego bardzo mnie to cieszy. :)




Dla przypomnienia: Nominacje są otrzymywane od innych blogerów, za „dobrą robotę". Jest dla blogerów o mniejszej liczbie obserwatorów. Należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która cię nominowała, dalej ty nominujesz 11 osób, oczywiście informujesz ich o tym oraz zadajesz 11 pytań. Nie nominujemy bloga osoby, która cię nominowała.



Pytania od Lady night:


1. Co robisz w czasie wolnym?

Oczywiście czytam książki oraz inne blogi ;) Lubię też rysować i malować. WWychodzę z przyjaciółmi na dwór.


2.Książka czy blog?

Czasem naprawdę wole blogi. Ludzie mają oryginalne pomysły.

3. Wolisz spotkanie z przyjaciółmi czy czytanie książki? 

Spotkanie z przyjaciółmi. ;D


4.Wieś czy miasto?

Zdecydowanie wieś.


5.Miałaś chwile, w których myślałaś/eś o przestaniu pisania bloga?

Tak. Mam do tej pory...


6.Jaką ostatnio książkę czytałaś/eś?

Skąpiec...


7.Jak to się stało, że założyłeś/aś bloga?

Widziałam dużo fajnych blogów. Dużo fajnych opowiadań

 Postanowiłam sama spróbować napisać coś fajnego.


8.Jakie jest twoje hobby?

Rysowanie i malowanie.


9.Ulubiony przedmiot? Dlaczego?

Plastyka. Łączy się ona z moim hobby.


10.Masz jakieś zwierzę? 

Tak. Kota i dwa psy. :))))


11.Jakie?Czy jesteś zadowolona/y ze swojego bloga? 

Nie do końca... ale mogło być gorzej. ;)))

Nominuje:

 1. http://zakochana-w-czytaniu.blogspot.com/
 2.http://jucy123.blogspot.com/ 
 3.http://wszystkokiedysupada.blogspot.com/  
4.http://mroczne-miasto.blogspot.com/
   5.http://dont-be-scared-shadowhunters.blogspot.com/
   6.http://miastoanielskiejmilosci.blogspot.com/  
7.http://ja-upadly-aniol.blogspot.com/ 
 8.http://daryaniolajaceiclary.blogspot.com/ 
 9.http://jaceiclary-przeznaczeniepowstaje.blogspot.com/
  10.http://daryaniola-milosc-czyni-nas-klamcami.blogspot.com/
11.http://onesmallbreath.blogspot.com/

Pytania:
1. Ulubiony kolor?
2.Masz rodzeństwo?
3. Masz zwierzaka?
4. Ulubiona książka/ książki?
5. Ulubiona męska postać.
6. Ulubiona żeńska postać.
7. Skąd się wzięła nazwa twojego bloga?
8. Co cie skłoniło do napisania bloga?
9. Ile czasu poświęcasz na jeden post?
10. Jesteś zadowolony ze swojego bloga?
11. Jakie jest twoje hobby?
 
To wszystko. Zapraszam do czytania nominowanych blogów. :)) Przepraszam, że dopiero teraz. ;((
Aisa

Wampir

Po rozmowie z Jamiem wróciłam do domu. Jak zwykle nikogo tam nie było. Usiadłam w salonie nie wiedząc co robić. Nudno tak samemu. Ale cóż. Może pójdę do Katy? Właśnie Katy. Muszę zobaczyć czy się obudziła.
Sięgnęłam po torbę i wybiegłam z domu. Po paru minutach byłam na miejscu. Naprawdę szybko biegałam. W końcu miałam długie nogi. Szukałam sali numer 19. Trudno było ją znaleźć, ale się udało.
- Johanna? - usłyszałam głos przyjaciółki. Była bardzo blada i wykończona. Nie dziwię się jej. Z rurkami podłączonymi do niej wyglądała przerażająco.
- Katy. - powiedziałam, nie dowierzając. Miałam łzy w oczach. Były raczej z radości, niż ze smutku. Podeszłam do dziewczyny. Dopiero teraz zauważyłam mężczyznę i kobietę siedzących naprzeciwko mnie. Byli po czterdziestce. Wyglądali na nie wyspanych.
- Johanna, to są moi rodzice. - powiedziała wskazując na nich. Uśmiechnęłam się przyjaźnie. Wyciągnęłam rękę, aby się przedstawić.
- Masz czelność tu przychodzić?! Po tym co się stało! - zbladłam. To nie moja wina, że ona tutaj leży. Najlepiej obwiniać innych.
- Słucham?!
- To co słyszałaś gówniaro! Wynoś się z tąd! - krzyczała kobieta.
- Jakim prawem pani na mnie krzyczy?! Ja się przejmuje Katy! Wy nadal mielibyście ją gdzieś, gdyby nie szpital! - teraz to ja krzyczałam. Nie mogłam dłużej wytrzymać. Kobieta prychneła i wyszła, a za nią jej mąż. Zostałam sama z Katy.
- Przepraszam... - zaczęła dziewczyna, lecz ja jej przerwałam.
- Nie musisz. Rodziny się nie wybiera. - nie odpowiedziała tylko się uśmiechnęła. - Jak się czujesz? - spytałam. Napewno ma już jakieś wyniki.
- No ogólnie to dobrze. Ale jest coś dziwnego, czego lekarze nie mogli wytłumaczyć.
- Co takiego?
- Jagbym umarła.
- Miałam tak samo. Pewnie się pomylili.
- Tylko jeden lekarz powiedział, że wszytko jest okay.
- Yhym.
- Czuje się jakbym nie żyła. Znaczy wiesz. Niby tu jestem i w ogóle, ale jakbym nie miała pulsu.
- Zdaje ci się. - wymamrotałam. - Ładny chociaż?
- Ale kto?
- No ten lekarz. - zachichotałyśmy.
- Bardzo. Jest świeżo po studiach, ale mówię ci po prostu ciacho. Meeega ciacho. - zrobiła bardzo śmieszną minę.
- Miło to słyszeć. - w drzwiach pojawił się szatyn z włosami do ramion. Oczy miał błękitne. Były przepiękne. Nue był szczupły, raczej wysportowany. Widać było, że jest w młodym wieku. Nie wiele starszy od nas. Zorientowałam się, że to lekarz Katy. Dziewczyna zarumieniła się. - Jak się czujesz? - spytał.
- Lepiej. - rudowłosa uśmiechnęła się.
- Ja może lepiej wyjdę. - wstałam i skierowałam się do drzwi. - Zaraz wrócę. - powiedziałam omijając lekarza stojącego w drzwiach.
Czułam jego wzrok podążający za mną. Poszłam do kafejki. Kawa dobrze mi zrobi. Usiadłam przy stoliku w kącie. Wzięłam do ręki menu. Nie długo myślałam nad zamówieniem.
- Co pani zamawia? - spytała kelnerka. Była blondynką. Oczy miała zielone. Miała szczupłą sylwetkę.
- Poproszę latte. - wymusiłam uśmiech.
- Oczywiście. Coś jeszcze? - odwzajemniła uśmiech.
- Nie. Dziękuję. - blondynka skinęła głową i ruszyła za lade. Dziesięć minut później czułam przepyszny smak kawy. Brakowało mi tego. Cały czas obwiniałam się o stan zdrowia Katy. Jej rodzice też mnie o to obwiniali. Naprawdę nie wiem, co się z nią stało.
- Możesz do niej iść. - powiedział przystojny lekarz Katy wchodząc do kafejki.
- Dobrze. - powiedziałam nie obecna.
- Wszystko w porządku? - był zaniepokojony.
- Tak. Co z nią?
- Nie powinienem ci mówić, bo nie jesteś z rodziny. - zaczął.- Ale widzę, że się martwisz. Powiem ci. - niepokoiłam się coraz bardziej. - Wiem kim jesteś.
Zamurowało mnie. Chodzi mu o moją moc? Ale skąd?
- Kim jestem? - spytałam udając, że nie wiem o co mu chodzi. Przybliżył swoją twarz do mojej.
- Czarodziejką. - powiedział szeptem.
- S- skąd t-to w-wiesz? - jakąłam się. Byłam w szoku.
- Jestem czarodziejem. Wyczuwam to. Jak nabierzesz doświadczenia też nauczysz rozróżniać się ludzi od nadnaturalnych.
- Pierwszy raz spotkałam się z taką sytuacją.
- Tak. Przyzwyczaisz się. Co dziesiąta osoba jest taka jak my.
- Yhym. - mruknęłam. Nie miałam ochoty na rozmowę na ten temat. Chyba to zrozumiał. - Co z Katy?
- To trochę trudne. Katy została ... jakby ci to powiedzieć. Wampirzycą.
- Co? Że kim?! Wampiry nie istnieją.
- Istnieją. Wilkołaki, feari też. Nawet nocni łowcy.
- Co?
- Jeszcze dużo rzeczy nie wiesz.
- Co?
- Umiesz inne pytanie?
- Przepraszam. Idę do Katy. - wstałam i poszłam do sali, gdzie leżała moja przyjaciółka.
- Katy. Jak się czujesz?
Przyjaciółka odwróciła głowę w moim kierunku. Była blada. Jej tęczówki nie były już zielone tylko czerwone. Miała worki pod oczami ze zmęczenia.
- Jak byś się czuła, gdybyś dowiedziała się, że jesteś jakimś pieprzonym wampirem?!
- Spokojnie. Muszę ci coś powiedzieć.
- Tak? - byłam spięta. Muszę to w końcu wyrzucić z siebie.
- Jestem czarodziejką. - powiedziałam, po czym odetchnęłam z ulgą.
- Że ku##a czym?! Coś takiego nie istnieje...
- Niestety. Dla mnie też to był szok.
- Wyjdź.
- Katy. Posłuchaj. - powiedziałam ostrożnie. Bałam się jej reakcji.
- Wyjdz! - krzyknęła. Skierowałam się do wyjścia. Po drodze mijałam paru chorych. Wyszłam z budynku. Stanęłam przed drzwiami. Dopiero teraz zauważyłam, że pada deszcz.
Zaczęłam iść. Mokłam, lecz nie przeszkadzało mi to. Obok mnie zatrzymało się czarne BMV. Okno od strony pasażera opadło.
- Podwieźć cię? - spytał głos ze środka. Powoli spojrzałam w głąb auta. Za kierownicą siedział lekarz Katy. Wsiadłam do środka. Wiedziałam, że mogę mu ufać.
- Jestem Luke. - powiedział podając mi swoją dłoń.
- Johanna. - odpowiedziałam przyjmując jego dłoń. Byłam gładka i miękka w dotyku.
- Gdzie cie zawieźć? - spytał ruszając.
Wytłumaczyłam mu gdzie mieszkam.
- Od kiedy wiesz kim jesteś? - spytałam.
- Od dnia moich piętnastych urodzin. - spojrzał na mnie. Mimowolnie się zarumieniłam, na co on się uśmiechnął.
- A ty?
- Od jakiegoś miesiąca. Dużo się przez ten czas wydarzyło, ale nie chce o tym mówić. Jest za wcześnie.
- Rozumiem.
- Ile masz lat?
- Dwadzieścia jeden. Jestem w trakcie studiowania. Mam tutaj praktyki. Ty zapewne masz 16, tak jak Katy.
Pokiwałam potwierdzająco głową.
Resztę drogi siedzieliśmy w ciszy.
- Jesteśmy- powiedział nagle Luke.
- Dziękuję. - powiedziałam i chciałam wysiąść, gdy nagle on złapał mój nadgarstek i dlugopisem zaczął kreślić na nim wzorki.
Uśmiechnęłam się, gdy skończył i wyszłam.
Chłopak odprowadzał mnie wzrokiem, aż do chwili gdy weszłam do domu.
- Cześć. - krzyknęłam wchodząc do domu.
- Szybko się po mnie pocieszyłaś. - powiedział Alex schodząc ze schodów.
- Co ty tu robisz?
- Uciekłem z więzienia Najwyższych. Powinni lepiej je chronić. Ale nie mówmy o mnie. - zaczął podchodzić do mnie.- Co u ciebie, słoneczko? Widzę, że masz nowego chłopaka. Ja ci nie wystarczam?
- Idź z tąd.
- Oj. Nie denerwuj się. - był parę centymetrów ode mnie. - Złość piękności szkodzi. - szepnął mi do ucha.
Sięgnęłam po różdżkę, którą miałam za paskiem od spodni. Mocą odepchnęłam Alexa. Wylądował na przeciwnej ścianie. - Czegoś cie ten blondasek nauczył. - zaśmiał się szyderczo. Stanęłam całując różdżką w jego głowę.
- Nie zadzieraj ze mną. - syknęłam.
- Nie próbuj mi nic zrobić. Wiem, gdzie twoja rodzina....
♡♥♡♥♡♥♡♥♡♥♡♥♡♥♡♥♡
W końcu jest nowy rozdział. Po tak długiej przerwie należą się wyjaśnienia. Otóż, miałam parę problemów, o których nie chce mówić.Chciałam usunąć Oszukaną. Już jestem z troszeczkę dłuższym rozdziałem. Mam nadzieję, że się spodoba. Przepraszam.
Aisa ;*

wtorek, 14 kwietnia 2015

Naprawdę?

Blondyn patrzył na mnie z przejęciem.
- Więc... - zaczęłam. Patrzyłam w jego piękne złote oczy. Bałam się prawdy.
- W piątek był incydent z Alexem, ale jesteś już bezpieczna.
- Póki on żyje nie jestem bezpieczna. - przerwałam mu. Tyle to ja pamiętałam.
- Potem wróciłaś i bawiłaś się świetnie. Upiłaś się, a potem ktoś ci dał jakieś narkotyki. - kontynuował Jamie.
- I co dalej? - spytałam niepewnie.
- Wyszłaś z paroma osobami. Stwierdziłaś, że w domu zrobiło się mało miejsca. Poszliście do dyskoteki. Pobiłaś się tam z jakąś dziewczyną. - tego nie pamiętałam. - Stąd te siniaki. - powiedział pokazując na moje ramię. Rzeczywiście. Były tam ślady pobicia.
- Yhym. - odparłam.
- Całą sobotę przesiedziałaś na komisariacie. Wypuścili cię w niedzielę rano.
- Aresztowali mnie?! No nieźle. Co było w niedziele?
- Leczyłaś kaca. Było parę osób. Dosypali ci narkotyku do drinka. Znowu. Jeden szatyn poszedł za tobą do łazienki, ale twoja przyjaciółka cię obroniła. Potem rozebrałaś się mówiąc, że ci gorącą.
- Aha. A brunet, który obok mnie spał? - spytałam. Naprawdę nie wiem co on tam robił. Wstyd mi za to co tam się działo.
Nie wyjdę z domu do trzydziestki...
- Ach. Chad. Był tak pijany, że nie trafiłby do domu. Więc położył się u ciebie.
- Naprawdę?
- Tak.
- Och. Już myślałam, że to coś więcej.
- Nie dopuścił bym do tego. - uśmiechnął się. Złapał moją rękę. - Słuchaj. Ja i Lily to przeszłość. Ja cię kocham. Chcę być z tobą. - mówił i.patrzył w moje brązowe oczy.
- Ale ja nie chce. - powiedziałam i wyszłam z kawiarni.
~*~
Siedziałam na kanapie i oglądałam, po raz setny, Dziennik Bridget Jones. Nie wiem czemu, ale bardzo lubiłam ten film. Wyobrażałam sobie, że moje życie też takie będzie. Jamie mnie kocha, ale jaką mam pewność? Ostatnio też mówił że mnie kocha, a potem całował się z Lily. Jeśli naprawdę coś do mnie czuję, musi się o mnie postarać.
Do domu wróciła moja "rodzinka". Nie chciałam tam siedzieć. Postanowiłam iść odwiedzić Katy.
Pół godziny później byłam w szpitalu. Przypomniał mi się mój pobyt i cała prawda o Leonie oraz moim życiu. Cieszę się że wszystko jest już w porządku.
Dotarłam do sali gdzie leżała Katy. Przez ten tydzień, odkąd tu leżała zdążyłam się połapać.
- Hej. - powiedziałam siadając obok. Chwyciłam ją za rękę. Wiem, że czuła. Może i była w śpiączce, ale czuła każdy dotyk.
- Dziękuję, że mnie obroniłaś przed tym chłopakiem. Gdyby nie ty, on zrobiłby mi krzywdę. - miałam łzy w oczach. Chciałam z nią pogadać. przytulić ją, wyżalić się. Chciałam aby się obudziła.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam, że tak krótki.
Dziękuję za ponad 900 wyświetleń. Może to nie dużo, ale cieszy. :) Każda aktywność motywuje mnie do dalszego pisania. ;)
Pzdr
Aisa

niedziela, 12 kwietnia 2015

Co się wczoraj stało?

- Katy! - krzyczałam, szarpiąc dziewczyną.
- Co się drzesz?! - krzyczał szatyn. Najwyraźniej go obudziłam.
- Jestem w swoim domu. - odpowiedziałam. - Katy! Obudź się! Katy! - dziewczyna się nie odzywała. Sprawdziłam czy oddycha. Nie mogłam tego stwierdzić. Byłam roztrzęsiona.
- Pół nagi ćpunie z podłogi! -krzyknęłam, kopiąc lekko chłopaka, aby się obudził.
- Czego?! - krzyknął.
- Dzwoń po karetkę. Katy nie oddycha. - chłopak szybko wstał i poszedł zadzwonić. Parę minut później ratownicy zabierali rudoswłosą.
- Co z nią? - spytałam jednego z ratowników.
- Jest w ciężkim stanie. - rzucił do mnie mężczyzna. Stała nie mogąc się ruszyć. Zobaczyłam, że w domu panuje syf. Kurde. Pobiegłam do góry. Szatyna już nie było. Brunet nadal spał w moim łóżku.
- Obudź się. Słyszysz?! Wypie... - krzyczałam do niego. Brunet spojrzał na mnie. Miał piękne czarne oczy i brązowe włosy do ramion.
- Hej... co ja tutaj robie? - spytał. Był zaspany.
- Ja ... sama nie wiem. Po prostu ubierz się i stąd idź. - chłopak bez skrępowania wstał. Był nagi. Wziął swoje ciuchy i się ubrał. Wyszedł i tyle o nim słyszałam. Wzięłam się za sprzątanie. Po godzinie kuchnia była w miarę ogarnięta. Usłyszałam przekręcający się zamek w drzwiach. Do domu wszedł Jock.
- Co tu się stało?! - krzyknął na wstępie.
- Może najpierw "cześć"? - spytałam sarkastycznie. - W ogóle co ty tu robisz?
- Mieliśmy wrócić w poniedziałek. Dziś jest poniedziałek. Johnny zaraz tu będzie.
- Zabije mnie jak to zobaczy. - westchnęłam. Co się działo w sobotę i niedzielę. Czemu tego nie pamiętam.
- Udwaj, że był napad. - powiedział Jock. W tym momencie do domu wszedł ojciec i Amber. Tato rozejrzał się po salonie. Byłam zaskoczony.
- Johanna! - krzyknął. Kurde. Mam przechlapane. Energicznie wszedł do kuchni.
- Co tu się kur... stało?! Zostawiłem cię na parę dni! Dosłownie na trzy dni! Wracam, a tu co zastaje?! Dom wygląda jagby tornado przeszło! - krzyczał.
- Tato... - zaczęłam. - Posłuchaj.
- Nie! To ty posłuchaj! - przerwał mi. - Co ty sobie wyobrażasz! Rozumiem raz się upiłaś! Dobra sam nie byłem święty! Ale to już przesada! Masz dopiero szesnaście lat! Wiesz ile to wszystko kosztowało! Ja nie wiem jak ci ta Łucja wychowała! Jeszcze nie wiem jaką karę co dać. Pomyślę. A teraz posprzątaj! - dalej krzyczał.
- Dobrze. Szkoda, że nie pamiętasz ja sam się zachowywałeś w moim wieku!
Idę zapalić! - rzucił wychodząc z kuchni.
Jęknełam, zmęczona całą sytuacją.
Kurde. Po co mi było imprezować. Kwadrans po godzinie siedemnastej, skończyłam sprzątać. Cały dzień omijałam wszystkich. Nienawidzę swojego życia. Poszłam do pokoju. Usiadłam na fotelu i myślałam. Gdyby nie ja z Katy by było wszystko dobrze. Pójdę do niej jutro. Matwie się o nią. Ciekawe z kąd wziął się ten brunet. Nie powiem. Jest przystojny, ale co my tam robiliśmy?! Co się stało Katy?! Kim był ten szatyn?! Dlaczego nic nie pamiętam?! Z zamyślenia wyrwały mnie wibracje telefonu. Dostałam sms'a od Jamiego.
Od: Jamie
Do: Ja
Ja. Ty. Dzisiaj. 18. Starbucks. Nie spóźnij się.
To było dziwne. Trudno. I tak przyjdę. Może on coś będzie wiedział? W mojej głowie rodziło się tysiąc pytań i zero odpowiedzi. Zeszłam na dół się napić. W kuchni zastałam tatę. Przyglądał mi się ukradkiem. Byłam blada i zmęczona. Na mojej twarzy było widać zmartwienie. Wychodziłam z kuchni.
- Widzę, że coś jest nie tak. - powiedział. Stanęłam. Nie patrzyłam mu w oczy. Nie patrzyłam na niego. Nic nie odpowiedziałam. - Znam cię. Wiem, że coś nie gra. - mówił
- Nic o mnie nie wiesz! Nie obchodziłam cię! Udajesz "kochanego tatusia" - ostatnie zdanie powiedziałam ironicznie. Odwróciłam się. - Gdyby mama nie umarła, dalej wysyłałbyś swoje paczuszki i listy.
- Uspokuj się. Wiem, że jest ci trudno.
- Pokłóciłam się z Lily, a dopiero co się do siebie zbliżyłyśmy! Moja przyjaciółka leży w ciężkim stanie w szpitalu! Ojciec to kretyn! Macocha to jędza! Jestem jakąś czarownicą! A moje życie miłosne to totalne dno! - miałam łzy w oczach. Nie zdawałam sobie sprawy ile rzeczy mnie dręczy. Ojciec stał i się na mnie patrzył. W jego oczach dostrzegłam złość i zaskoczenie. Odwróciłam się i wyszłam z domu. Skierowałam się do miejsca, gdzie miałam się spotkać z Jamiem.
Weszłam do środka i próbowałam znaleźć blondyna. Siedział na kanapie w kącie.
- Hej. - powiedziałam siadając.
- Hej. - odpowiedział. Uśmiechnął się odsłaniając te piękne białe zęby. - Myślałem, że nie przyjdziesz. - dodał. Jednym zdaniem wszystko zepsuł.
- Mogę już iść. - powiedziałam wstając.
- Nie. Zostań.
Usiadłam naprzeciwko blondyna.
- Co chciałeś? - spytałam. Zamówiłam kawę i spojrzałam na Jamiego.
- Co pamiętasz z imprezy?
- Szczerze? Nic. - blondyn nie był zdziwiony moją odpowiedzią.
-  A co chcesz wiedzieć? - spytał z podejrzliwą miną.
- Wszystko. - odparłam.
♡♥♡♥♡♥♡♥♡♥♡♥♡
Komrntujcie i dawajcie ☆
Trochę głupi... ale chyba się spodoba. Przepraszam za błędy, ale piszę na telefonie i czsami samo mi poprawia.